Owczarz: Byłam milimetr obok MMA i to robiło kolosalną różnicę

W najbliższą sobotę Karolina Owczarz po raz drugi wejdzie do klatki KSW. W debiucie potrzebowała zaledwie 60 sekund, żeby pokonać Paulinę Raszewską. – Padały pytania: po co promować tę dziennikareczkę? Nikomu nie muszę niczego udowadniać, ale mam nadzieję, że z czasem kibice przekonają się, że traktuję MMA na poważnie – mówi Owczarz.

Twój debiut w MMA trwał zaledwie 60 sekund. Pewnie o wiele dłużej świętowałaś zwycięstwo nad Pauliną Raszewską?

Karolina Owczarz: Wielkiej fety nie było. Od razu po walce zjadłam słoik nutelli, więc świętowanie było kulinarne. Lubię słodycze, ale to był jednorazowy wybryk. Nigdy nie wychodzę na imprezy, bo ich nie lubię. Nie przepadam też za alkoholem, ogólnie mam słabą głowę. Po pojedynku spędziłam czas z najbliższymi. Bez nerwów i emocji, które towarzyszą przygotowaniom do walki. I bez liczenia kalorii.

W najbliższą sobotę znów zobaczymy cię w klatce KSW. Czym różni się Karolina Owczarz z marca 2018 od tej z marca 2019?

Przed rokiem byłam dziewczyną, która lubi się bić, nie boi się przyjąć uderzenia i może wejść w wymianę ciosów. Miałam też jakiś plan na obalenie i poddanie rywalki w parterze. Teraz jestem zawodniczką, która nie boi się żadnej płaszczyzny. Nie spanikuję, gdy rywalka dopchnie mnie do siatki, lub gdy będzie chciała bić się ze mną w parterze.

Po co ci w ogóle MMA?

Jako dziennikarka Polsatu pracowałam przy najlepszych galach sportów walki w Polsce. Fajnie było w tym uczestniczyć, bo to była lekcja życia. Po czterech latach pracy w Polsacie pojawił się u mnie lekki kryzys, bo niby byłam w centrum tych wszystkich wydarzeń, ale zawsze milimetr obok. Ten milimetr robił kolosalną różnicę. Zaczynało mnie to wkurzać i trochę zazdrościłam koleżankom i kolegom, którzy wchodzili do ringu czy oktagonu i czuli adrenalinę związaną z walką. Zaczęłam się trochę ruszać. Jeździłam do klubu WCA w Warszawie i zaczęłam trenować MMA. Z bliska widziałam, jak zawodnicy nakręcają się przed startami. Poczułam atmosferę sali treningowej. Po mniej więcej dziesięciu miesiącach intensywnych treningów zdecydowałam, że wracam do tego, co robiłam przez lata.

Jak zareagowali najbliżsi? Poszłaś do mamy i powiedziałaś: rzucam pracę w Polsacie i idę się bić.

Nie wiedziałam, jak to jej powiedzieć. Byłam przekonana, że się załamie. Zaprosiłam ją na wystawny obiad, robiłam długie wstępy, aż w końcu powiedziałam o MMA. Na początku mama przyjęła to dobrze, ale jak zadzwoniła do mnie po kilku dniach, to powiedziała, że nie przespała żadnej nocy i że chce się jej płakać. Była załamana, ale po mojej przeprowadzce do Łodzi zobaczyła, jak bardzo szczęśliwym jestem człowiekiem. Wszystko jej przeszło i nie ma do mnie pretensji.

Do sportów walki ciągnęło cię już od podstawówki. Najpierw był boks.

Jako dziecko byłam chłopaczarą. Wolałam zdecydowanie samochody niż lalki czy sukienki. Jak byłam trochę starsza, chodziłam na mecze Widzewa. Oczywiście rodzice nic o tym nie wiedzieli. Miałam męskie towarzystwo, w którym było wielu łobuzów. Pochodzę z grzecznego domu, więc może to towarzystwo imponowało mi, bo było czymś innym. Poszłam na boks, bo chyba chciałam być większa w oczach starszych koleżanek i kolegów. Zamiłowania do złych rzeczy szybko mi minęły, ale boks ze mną pozostał, bo przekonałam się, że sporty walki są czymś wyjątkowym. Poszłam na jeden trening i zostałam w boksie na 8 lat.

Co najbardziej utkwiło ci w pamięci z bokserskiej przygody?

Zdecydowanie wyjazd do Meksyku. Wzięłam udział w reality show, w którym rywalizowały ze sobą dwie drużyny – Meksykanki kontra reszta świata. To była lekcja życia, bo jako 18-latka pojechałam na koniec świata. Dopóki nie wysiadłam z samolotu i nie zobaczyłam tabliczki ze swoim nazwiskiem, nie miałam pewności, czy ktoś mnie na tym końcu świata odbierze. Byłam wtedy świeżo upieczoną mistrzynią Polski. Wśród uczestniczek byłam najmłodsza i zdecydowanie odstawałam warunkami fizycznymi od reszty dziewczyn. W życiu nie byłam na zawodowym ringu, a tam walczyłam na zawodowych zasadach na dystansie sześciu rund. Wcześniej biłam się tylko po trzy rundy. Przegrałam drugą walkę z późniejszą zwyciężczynią turnieju i późniejszą mistrzynią świata. Warto było jechać, bo zebrałam ogromne doświadczenie zarówno w boksie jak i w życiu.

Na zawodowych ringach stoczyłaś tylko cztery walki. Dlaczego zrezygnowałaś z boksu?

Po erze Agnieszki Rylik i Iwony Guzowskiej boksu zawodowego kobiet w Polsce właściwie nie było. To był ciężki kawałek chleba, bo byłam jedyną kobietą w tym środowisku. Media trochę się mną interesowały, ale częściej traktowana byłam jak maskotka a nie poważna zawodniczka. Stoczyłam cztery zawodowe walki, wszystkie wygrałam, ale później pojawił się konflikt z promotorem. Ze współpracy ze mną zrezygnował sponsor i nie było sensu ciągnąć tego dalej.

Można powiedzieć, że prosto z ringu trafiłaś do Polsatu. Trudno było dostać się do telewizji?

Gdy moja kariera bokserska się skomplikowała, to chciałam wrócić do Łodzi. Przed przeprowadzką pojechałam na galę Polsat Boxing Night w Gdańsku. W walce wieczoru bili się wtedy Andrzej Gołota z Przemkiem Saletą. Pojechałam tam towarzysko, ale byłam z kolegami, którzy pracowali w Polsacie. W trakcie gali podszedł przywitać się z nami dyrektor Polsatu Sport Marian Kmita. Dwa dni później zaprosił mnie na spotkanie i zaproponował pracę. Powiedział, że w trakcie podawania mi ręki w Ergo Arenie zapaliła mu się jakaś lampka w głowie i pomyślał, że zrobi ze mnie dziennikarkę. Myślę, że to mu się udało. Rzuciłam wszystko i rozpoczęłam pracę w telewizji. Przez chwilę próbowałam łączyć boks z Polsatem, ale praca w mediach jest na tyle wymagająca, że nie dałam rady. Media mnie pochłonęły. Przygoda z Polsatem trwała pięć lat.

Jak ważny to był rozdział w twoim życiu?

Mając zaledwie 20 lat zachłysnęłam się wielkim światem telewizji i nowymi wyzwaniami. Praca w mediach to niekończąca się nauka i przygoda. Poznałam mnóstwo wyjątkowych ludzi. Nauczyli mnie rzeczy, z których mogę korzystać do dzisiaj. Mam spory warsztat dziennikarski, choć nie jestem Mateuszem Borkiem, za którym jestem sto lat świetlnych.

Czujesz się już pełnoprawną zawodniczką MMA?

Myślę, że przez ostatnie 15 miesięcy łącznie opuściłam może z miesiąc treningów. Czyli przez 14 miesięcy przychodziłam dwa razy dziennie na matę. To daje około 700-800 treningów. Myślę, że przez ten czas można się trochę nauczyć. Zwłaszcza, że trenuję z najlepszymi. Koleżanki mnie nie oszczędzają i zdarza się, że wycierają mną matę. Tak, jestem pełnoprawną zawodniczką MMA.

Po zmianie branży czytałaś dużo negatywnych opinii na swój temat?

Niestety hejt jest nieodłącznym elementem polskiego internetu. Myślę, że większość opinii była negatywna. Padały pytania: po co promować tę dziennikareczkę? Po co KSW podpisało z nią kontrakt? Nikomu nie muszę niczego udowadniać, ale mam nadzieję, że z czasem kibice przekonają się, że traktuję MMA na poważnie. Nie boję się wyzwań, ale podchodzę do tego spokojnie. Nie będę rzucała się na nie wiadomo jak duże rywalki. Jak każdy zawodnik mam prawo do rozsądnego budowania rekordu.

Co jest najtrudniejsze w świecie MMA?

Moje sparingpartnerki (śmiech). W Shark Top Team mam trzy świetne dziewczyny: Karolinę Kowalkiewicz, Anitę Bekus i Klaudię Sygułę. Każda z nich jest fenomenalną zawodniczką. Przeciwstawienie się im jest ciężkie, bo każda z nich prezentuje wysoki poziom w danej płaszczyźnie. Gdybym mogła zrobić z siebie mix moich koleżanek, to byłabym mistrzynią świata. W MMA wszystko jest ciężkie. Parter pokochałam od razu, najcięższe dla mnie są zapasy, ale z miesiąca na miesiąc też je coraz bardziej lubię.

Co chcesz osiągnąć w MMA?

Nie wybiegam daleko w przyszłość, bo to byłaby głupota. Wiem, że żaden dziennikarz nie chce tego słyszeć, ale dla mnie liczy się najbliższa walka. W tym roku chciałabym wejść trzy razy do oktagonu. Teraz jednak myślę tylko o pojedynku z Martą Chojnoską.

Tym razem walka może potrwać dłużej niż minutę, bo Marta Chojnoska ma większe doświadczenie od Pauliny Raszewskiej.

Na pewno nie będzie łatwo. Nie boję się wymian ciosów z Martą. Jeżeli trzeba będzie się bić w stójce, to będę się biła w stójce. Jeżeli pojawi się opcja do obalenia, to na pewno ją wezmę, bo po co się narażać na niepotrzebne ciosy. Bardzo ciężko pracowałam nad kondycją i jestem gotowa na trzy rundy ostrej bitki. Jeśli nadarzy się okazja do skończenia walki szybciej, to zrobię to, bo nie chcę, żeby mama płakała przez 15 minut.

Rozmawiał: Krzysztof Smajek

DODAJ ODPOWIEDŹ

Top Reviews

Video Widget

gallery