izu ugonoh

„Patrzę na boks z boku i cieszę się, że nie biorę już w tym udziału”

– Nie oszukujmy się, do boksu często przychodzą prości chłopcy. Chcą się wybić, zarobić duże pieniądze i zdobyć sławę, a do czynienia mają ze starymi wyjadaczami, prawnikami i rekinami biznesu – mówi Izu Ugonoh w rozmowie z PoGongu.

Jak długo zastanawiałeś się, czy wejść w świat MMA?

Izu Ugonoh: Po zakończeniu kariery w boksie zastanawiałem się, co będę robił z życiem. Wróciłem do korzeni, poszedłem na trening kickboxingu, by pokopać z chłopakami ze starego klubu. Bardzo mi się podobało i przypomniało mi się, dlaczego miałem zajawkę na kickboxing. Po kilku tygodniach było coraz więcej chęci, aż przyjechałem do WCA i potrenowałem z chłopakami z MMA. To nie było tak, że skończyłem karierę w boksie i powiedziałem: pójdę teraz do KSW, bo tam są pieniądze. Wielu ludzi ma takie podejście, ja podchodzę do tego przez pryzmat sportu. Najpierw musiałem przejść żałobę związaną z boksem. Pogodzić się z przegraną i obrócić ją w coś pozytywnego. W pewnym momencie coś zaskoczyło i stwierdziłem, że jestem gotów podjąć wyzwanie w MMA.

Co odpowiesz osobom, które twierdzą, że poszedłeś do KSW dla pieniędzy?

Zastanawiam się, po co ci ludzie chodzą do pracy i co ich motywuje w życiu. Ich słowa na mnie nie działają. Każdy mierzy innych swoją miarą. To jest bardzo płytkie. Ludziom, którzy tak twierdzą, powinni zaproponować walkę w KSW. Niech zaczną się przygotowywać przez kilka tygodni i później niech stoczą walkę, za pieniądze. Niech poznają to uczucie, gdy świadomie podejmujesz decyzję, że będziesz się bił z kimś, kto też trenuje i będzie chciał ci urwać głowę.

Po walce z Łukaszem Różańskim zakończyłeś karierę bokserską. Co się o sobie dowiedziałeś po tym pojedynku?

Przegrana walka pokazała mi, że czegoś zabrakło. Tego czegoś brakowało już podczas przygotowań, ale tego nie widziałem. Byłem zaangażowany w trening, robiłem, co w mojej mocy, by przygotować najlepszą formę. Po walce spojrzałem prawdzie w oczy, nie słuchałem opinii innych. Doszedłem do wniosku, że już nie chcę boksować. Nie miałem już do tego serca, ogień się wypalił. To nie była łatwa decyzja, ale byłem szczery sam ze sobą. Obiecałem sobie, że jak tego ognia nie odnajdę, to nie wejdę do ringu ani do klatki. Po prostu nie będę walczył, bo byłoby to nierozsądne i niebezpieczne.

Jak duży jest w tobie ten ogień, teraz gdy trenujesz MMA?

Przede wszystkim czuję, że chcę to robić. Jestem w stu procentach zaangażowany, przeprowadziłem się do Warszawy. Uczę się wielu nowych rzeczy, ale też szlifuję te, które miałem dobre wcześniej, czyli umiejętności bokserskie i kickbokserskie. Czuję, że się rozwijam. A co z boksem? Tego już nie chcę robić. To nie jest kwestia przegranej walki. Jeśli chciałbym to robić, to dalej bym to robił. Gdy ktoś mi mówi: Izu, masz świetny rekord (18-2 przyp. red.), odpowiadam, że to nie ma żadnego znaczenia. Ktoś uważa, że coś powinienem, ale mnie to nie obchodzi. Jestem szczęśliwy, dlatego że postępuję zgodnie z tym, co czuję i uważam, że jest słuszne.

izu ugonoh

Jak duży czułeś niedosyt po zakończeniu kariery bokserskiej?

Było uczucie niedosytu, dlatego że postawiłem sobie bardzo ambitne cele. W boks włożyłem dużo pracy i ambicji. Nie miałem ani jednej amatorskiej walki. Wszystkiego nauczyłem się na sali treningowej i w trakcie sparingów z zawodnikami, którzy mieli po 100-120 walk amatorskich. Doszedłem do TOP 15 na świecie. Sparowałem z 4-5 mistrzami świata. Wyjechałem do USA i Nowej Zelandii. Napierdzielałem się ostro na sparingach w różnych budach, żeby mieć możliwość walki o największe trofea. Przy odrobinie szczęścia mogło się to potoczyć inaczej. Nie mam do siebie żadnych pretensji. Jestem zadowolony i pogodzony, że tak zakończyła się moja kariera. Mam 33 lata, jestem zdrowy i wciąż mogę wiele zrobić.

Gdybyś wygrał z Dominickiem Breazealem, twoja kariera mogłaby się potoczyć inaczej. Zastanawiasz się czasami, co by było, gdybyś pokonał Amerykanina?

Jaki to ma sens? Nie mam już na to wpływu. Przez jakiś czas zastanawiałem się, co by było, gdybym wtedy wygrał. Wydaje mi się, że wszystko dzieje się po coś. Zanim zacząłem uprawiać kickboxing, grałem w piłkę nożną. Byłem na testach w drugiej lidze w Hiszpanii. Miałem 19 lat, ktoś zainteresował się moim potencjałem. Grałem w drugiej drużynie Lechii Gdańsk. Gdybym się wtedy dostał, zostałbym piłkarzem i zarabiałbym przyzwoite pieniądze. Ale nie zostałem piłkarzem i można zapomnieć o tej historii. Podobnie jest z walką z Breazealem. Gdybym wygrał, być może walczyłbym o mistrzostwo świata, ale nie wygrałem. Nie ma sensu gdybać.

W tej walce rozpaliłeś apetyty polskich kibiców. Wydawało się, że zostaniesz mocnym graczem w wadze ciężkiej.

Nie byłem faworytem w konfrontacji z Breazealem. Wszystko zostało tak ustawione, żebym wziął walkę w momencie, w którym miałem najmniejsze szanse na wygraną. Chciałem wtedy walczyć z Chrisem Arreolą, który był dla mnie idealnym przeciwnikiem. Myślę, że mógłbym z nim wygrać przed czasem. W życiu nie zawsze bywa kolorowo. Nie mam do siebie ani do nikogo pretensji, bo dzisiaj rozumiem, że boks to jest biznes i każdy dba o swój interes.

Jaki to jest biznes?

Bardzo skomplikowany, brutalny i złożony. Kibice nie mają pojęcia o zakulisowych rzeczach. Wiele czynników wpływa na to, w którym miejscu jest pięściarz. Nie oszukujmy się, do boksu często przychodzą prości chłopcy. Chcą się wybić, zarobić duże pieniądze i zdobyć sławę, a do czynienia mają ze starymi wyjadaczami, prawnikami i rekinami biznesu.

Jak często słyszałeś opinię, że jesteś za inteligentny na boks?

Jakoś często nie, ale powiedział mi to mój pierwszy promotor – Andrzej Wasilewski. Wtedy tego nie rozumiałem, bo miałem wizję kariery. Po przeczytaniu kontraktu zrozumiałem, że na pewne rzeczy z czysto zdroworozsądkowych powodów nie mogę się zgodzić, bo nie były one dla mnie sensowne. Byłem zbyt świadomy tego, że to, co mi proponują, nie jest dla mnie odpowiednie.

izu ugonoh

Wielu pięściarzy jest nieświadomych?

Myślę, że tak, zdecydowanie większość. Zawodnicy szukają jakiegoś autorytetu. Często nawiązują z trenerem relację na linii ojciec-syn. Szukają ludzi, którzy w nich zainwestują i uwierzą. To sprawia, że pięściarze wierzą w obietnice typu: zrobimy z ciebie mistrza świata. Jak połkniesz ten haczyk, to myślisz, że musisz tylko trenować i wygrywać, a pojawią się pieniądze i sława. W pewnym momencie zdajesz sobie sprawę, że ciężko pracujesz, wygrywasz walki, a stan twojego konta się nie zmienia. Albo nie czujesz, że czerpiesz największe benefity z tego układu. To jest bardzo powszechna sytuacja na całym świecie. Trochę inaczej jest, gdy trenerem pięściarza jest jego ojciec, który zna kulisy boksu i który przetarł już szlak. Wie, gdzie czyhają pułapki. Można podać przykłady Wasyla Łomaczenki, Tysony Fury’ego, czy Floyda Mayweathera. Gdybym miał syna, to nie chciałbym, żeby boksował. Na pewno nie w Polsce, bo nie widzę tutaj potencjału. Nie ma warunków, by to się opłacało. Przynajmniej teraz, może za kilka lat to się zmieni.

W MMA jest mniej biznesu?

Nie, to też jest biznes, ale wydaje mi się, że w MMA jest więcej świeżości niż w boksie. Przez to, że MMA jest młodą dyscypliną, dynamicznie się rozwija, nie jest aż tak skostniała, jak boks. Ale pewnie dopiero za rok będę mógł powiedzieć więcej na temat biznesu w MMA.

Już nie wrócisz do boksu?

Zakończyłem karierę. Teraz treningi bokserskie sprawiają mi dużo większą radość niż wcześniej. Nie mam żadnej presji. Nie jestem nikogo nadzieją. Dzwonili do mnie od Usyka i Tysona Fury’ego w sprawie sparingów. Team Anglika chciał, żebym pomógł mu w przygotowaniach do walki z Wilderem. Nie miałem na to ochoty. Najgorsze jest to, że gdybym wygrał z Różańskim, to zostałbym w boksie. Nie byłbym w stanie się zatrzymać. Na zasadzie: wygrałeś walkę, musisz iść dalej. Presja kibiców i moje ambicje pchałyby mnie dalej. Teraz patrzę na boks z boku i cieszę się, że nie biorę już w tym udziału.

Najbardziej po walce z Różańskiem zaskoczyło mnie to, w jaki sposób przyjąłeś porażkę. Miałeś podstawy, by nie zgadzać się z werdyktem, bo Łukasz uderzył cię, gdy byłeś na kolanach. Nie robiłeś z tego problemu.

Łukasz napisał do mnie wiadomość, że ten cios nie był celowy, że wyprowadził go w ferworze walki. Nie mam do niego pretensji. Byłbym w najgorszej z możliwych sytuacji, gdyby unieważnili werdykt, bo znowu musiałbym coś udowadniać. To byłby dla mnie ogromny syf. Wiesz, dlaczego przegrałem z Łukaszem? Bo nie stawiałem oporu. Wewnętrznie miałem dosyć wszystkiego, co było związane z boksem.

Oglądałeś powtórkę tej walki?

Nie, po co miałem to robić? Nic i tak bym z niej nie wyciągnął, żadnego wniosku.

A kiedyś obejrzysz?

Nie. Jeszcze jedną rzecz ci powiem. Po przegranej z Łukaszem nie zwątpiłem w swoje umiejętności. Zwątpiłem w drogę, którą podążałem. Przestałem w nią wierzyć już wcześniej, a walka z Łukaszem była tylko manifestacją tego.

W jakich relacjach rozstałeś się z Dariuszem Michalczewskim, który przez chwilę był twoim promotorem?

W dobrych. Nie mam do niego żadnych pretensji. Nie słuchałem późniejszych wywiadów z Darkiem. Wiem, co on miał na myśli, a to, że on mówi w swój niepowtarzalny sposób to inna sprawa. Wiązał ze mną nadzieje i rozumiem, że był zawiedziony. Wiele osób było zawiedzionych, ale nikt nie był tak zawiedziony, jak ja.

Ile potrzeba czasu, by przekwalifikować się z pięściarza na zawodnika MMA?

Nie wiem. Pytanie, czy ja przekwalifikowuję się z pięściarza, czy kickboksera. W nowy sposób zacząłem podchodzić do swojego ciała i sprawności. Wiele rzeczy trzeba było wyplenić. Nauka nigdy się nie skończy i to też jest ekscytujące. Z każdego sparingu coś wyciągam. Przede wszystkim z tych, które idą mi źle. Powiedziałem sobie, że jeżeli codziennie ktoś mnie „udusi” na treningu, to będzie to dla mnie dobre, bo wyciągnę lekcję i będę rozwijał się pięć razy szybciej. Zmiana dyscypliny wymagała ode mnie ogromnej pokory. Znowu jestem w pozycji ucznia. Tego mi brakowało w boksie. Wokół mnie jest mnóstwo ludzi, od których mogę się uczyć.

Na koniec wróćmy do piłki nożnej. W jakim klubie miałeś testy w Hiszpanii?

W CF Fuenlabrada. Grałem na pozycji defensywnego pomocnika, ale testowali mnie jako napastnika. Powiedzieli mi, że nie jestem zawodnikiem, którego szukają. Co było fajne w tej przygodzie? W Hiszpanii znalazłem zamknięcie pewnego rozdziału. Wiedziałem, że to jest koniec mojej przygody z piłką. Od dłuższego czasu miałem ochotę spróbować się w kickboxingu. Pierwszego dnia po powrocie z testów poszedłem na trening muay thai i po dwóch miesiącach stoczyłem pierwszą walkę. Za piłką nie tęskniłem, bo obrałem nowy kierunek. Ludzie, którzy są rozdarci, nic nie mogą zrobić w życiu. Nie należę do takich osób. Jak jestem w coś zaangażowany, to robię to na maksa.

Rozmawiał: Krzysztof Smajek

POGONGU TV poleca: „Nie poszedłem do KSW, bo tam są pieniądze”

1 Comment

  1. […] Izu Ugonoh po porażce z Łukaszem Różańskim w lipcu 2019 roku zakończył karierę bokserską. Później podpisał kontrakt z KSW. – To nie było tak, że skończyłem karierę w boksie i powiedziałem: pójdę teraz do KSW, bo tam są pieniądze. Wielu ludzi ma takie podejście, ja podchodzę do tego przez pryzmat sportu – mówił Izu w niedawnej rozmowie z PoGongu. […]

DODAJ ODPOWIEDŹ

Top Reviews

Video Widget

gallery